POLACY W LIBANIE PRZED I WOJNĄ ŚWIATOWĄ JULIUSZ SŁOWACKI I O.MAKSYMILIAN RYŁŁO

Pierwsze wzmianki o pobycie Polaków na Bliskim Wschodzie, a w szczególności w Górach Libanu pochodzą z czasów średniowiecza tj. z XIII i XIV wieku, okresu wypraw krzyżowych, w których uczestniczyli polscy książęta, jak również licznych pielgrzymek do Ziemi Świętej. Z tego okresu pochodzi pierwszy zapis pielgrzyma Bernardynów – brata Anzelma, który zawiera wzmiankę o przejściu przez Liban. Jako pierwszy opisał tradycyjną libańską gościnność książę Mikołaj Krzysztof Radziwiłł w swym dzienniku z podróży do Jerozolimy, którą odbył w latach 1582-1584.

Po trzecim rozbiorze Polski tj. po 1795r. wielu Polaków było zmuszonych do emigracji. Niektórzy z nich, przy okazji pielgrzymek, trafiali do Libanu, tak jak Juliusz Słowacki, nasz wieszcz narodowy i jezuicki misjonarz ojciec Maksymilian Ryłło, przedstawiciele polskiego romantyzmu.

Pobyt 27-letniego Juliusza Słowackiego w Libanie rozpoczął się 22 lutego 1837r. Trwał on niespełna trzy miesiące, lecz musiał być dla duszy poety niezapomnianym przeżyciem, jako że zaowocował przygotowaniem poematu „Anhelli”. Utwór ten, który sam artysta stawiał na czele swych dzieł, cieszył się także ogromnym uznaniem wśród współczesnych. Ignacy Krasicki na przykład mawiał, że na grobie Słowackiego należałoby tylko napisać „Autor Anhellego”.

Słowacki pracował nad „Anhellim” w Ghazirze, gdzie zatrzymał się w klasztorze Św. Antoniego na 45 dni. Tak opisywał to miejsce w liście do matki „(…) miejsce prawdziwie bezludne, klasztor zbudowany na skale, dobrzy księża ormiańscy, piękne kwiaty rozwijające się wiosną w górach, rozległy widok na morze z mojej celi, wszystko to miłe mi zostawiło wrażenie.” Zważywszy na porę roku, koniec zimy i początek libańskiej wiosny oraz niezwykle malownicze położenie klasztoru, można mniemać, że poeta był pod silnym wrażeniem orientalnej przyrody, która, nie spalona jeszcze letnim słońcem, urzekała urokiem i bujnością.

Portret Juliusza Słowackiego
Portret Juliusza Słowackiego

Z klasztoru „zawieszonego pod chmurami”, jak go nazwał w liście do matki, przeniósł się Słowacki na następne 40 dni do Bejrutu, gdzie najprawdopodobniej zatrzymał się w osmańskim karawanseraju Khan Antouna Beya i wiódł bardziej „światowy” tryb życia, jako gość sfer towarzyskich. Europejczycy, mieszkający w Bejrucie, przyjmowali go chętnie i z życzliwością, dumni, że odwiedził ich drugi po Lamartinie wielki poeta.

Szczególnie bliskie stosunki nawiązał Słowacki z konsulem Francji, który chętnie gościł go w domu i dostarczał lektury. Poeta traktował go jak „swego konsula”, był wszelako obywatelem Francji, Polska już nie istniała; nosił ją tylko w sercu, jak wszyscy emigranci i patrioci.

Sto lat później polska prasa na uchodźstwie nie omieszkała przypomnieć o pobycie Słowackiego w Libanie, umieszczając dnia 28 kwietnia 1946r. na ścianie klasztoru Św. Antoniego tablicę pamiątkową w językach polskim, francuskim i arabskim. Trzy lata później, w 1949r. w setną rocznicę śmierci poety ukazało się drukiem tłumaczenie arabskie „Anhellego”.

Słowacki spotkał w Libanie innego Polaka o równie charyzmatycznej i bujnej osobowości, ojca Maksymiliana Ryłło, jezuickiego misjonarza.

Spotkanie to niewątpliwie wywarło na poecie wielkie wrażenie, do tego stopnia, że spędził z zakonnikiem całą noc poprzedzającą Święto Zmartwychwstania Pańskiego, spowiadając się z całego życia.

Postać ojca Ryłło zasługuje na uwiecznienie w literaturze lub w filmie, nie tylko dla niepowtarzalnych walorów jego osobowości ludzkiej i kapłańskiej, ale i dla wiekopomnego dzieła, które pozostawił Libanowi po sobie. Dziełem tym była pierwsza na Bliskim Wschodzie uczelnia wyższa – Kolegium Azjatyckie, późniejszy Uniwersytet Katolicki im. Św. Józefa.

O sile osobowości M. Ryłły świadczy fakt, że po odbyciu studiów lekarskich na Uniwersytecie Wileńskim (współcześnie z Adamem Mickiewiczem) zdecydował się wstąpić do zakonu jezuitów. Nielegalnie przekroczywszy granicę rosyjską udał się na studia teologiczne do Rzymu. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1833r. i już na początku swych działań dał się poznać jako duchowny o niespotykanym darze kaznodziejskim i wielkiej pracowitości. Dzięki temu już wkrótce wysłano go na Wschód z pierwszą misją tzw. syryjsko-babilońską (kiedy to nastąpiło spotkanie ze Słowackim w Ghazirze). Misja ta, trwająca od 1836 do 1837r., oprócz swego właściwego celu, jakim była poprawa stosunków kościelnych na wyznaczonym obszarze, wzbogacona została także poszukiwaniami archeologicznymi. Stał się więc ojciec Ryłło jednym z pionierów archeologii orientalnej. Lecz najistotniejszym owocem tej wyprawy było przygotowanie przez o.Ryłło projektu Kolegium Azjatyckiego w Bejrucie, który w 1838r. złożył do Kongregacji Propagandy w Watykanie. Uczelnia miała nie tylko kształcić przyszłych misjonarzy, lecz również osoby świeckie w przedmiotach ogólnokształcących, w różnorodnych językach regionu. Nasz ambitny jezuita widział tę nowoczesną wszechnicę wiedzy, wyposażoną we wszelkie zakłady pomocnicze i laboratoria dla zajęć praktycznych i fakultatywnych z obserwatorium astronomicznym włącznie. Dosłownie nic nie sprzyjało realizacji tego nadzwyczaj śmiałego i nowatorskiego dzieła. Trudno było o.Ryłło przekonać ówczesnego papieża Grzegorza XVI (nie wspominając o nieprzychylności Kongregacji Propagandy) do wsparcia projektu, w którym Ojciec Święty dopatrywał się konkurencji dla istniejącego w Rzymie Collegium Urbanum i obawiał się postawienia „ołtarza przeciwko ołtarzowi”. Po ostatecznej akceptacji ze strony Watykanu w 1839r. o.Ryłło z zapałem graniczącym z pasją rozpoczął swą osobistą krucjatę, której owocem było uruchomienie w listopadzie 1841r. „Collegio Asiatico di Beirut”.

Ojciec Maksymilian Ryłło
Ojciec Maksymilian Ryłło

Działał w niezwykle trudnych i zawiłych warunkach politycznych, okupacji egipskiej, wojny domowej, głodu, zagrożenia dla Kościoła w tym regionie. Mając na względzie ocalenie umęczonej ludności przed zagładą nasz bezkompromisowy jezuita narażał się nie tylko władzom egipskim, ale i konsulowi francuskiemu, zabiegając o interwencję Francji. Miał również przeciwko sobie ortodoksów bejruckich oraz niektórych muzułmanów.

Natomiast wdzięczny lud libański nadał mu przydomek „Ojca Zwycięzcy” (Abuna Mansour). Dla Francuzów ten „L’homme incroyable” (niesamowity człowiek) był nieobliczalnym zagrożeniem dla ich wpływów w Libanie.

Tak jawna niechęć spowodowała, że wkrótce tj. w 1842r. został odwołany na Maltę dla tzw. „dobra misji”. Opuścił swoje ukochane dziecko – „Collegio…” i po niezwykle aktywnym życiu, wypełnionym wyczerpującą pracą zmarł w wieku 46 lat, nigdy już nie ujrzawszy swej ojczyzny.

W setną rocznicę śmierci o.Maksymiliana Ryłło – 11 grudnia 1948r. – staraniem Poselstwa RP w przedsionku kościoła jezuickiego Św. Józefa w Bejrucie umieszczona została tablica w języku łacińskim upamiętniająca osobę polskiego misjonarza.

Oprócz uczelni, która działa do dziś pod nazwą Uniwersytetu Św. Józefa (USJ), o.Ryłło pozostawił Libanowi jeszcze jedną pamiątkę w postaci obrazu Matki Boskiej Wyzwolicielki (Notre Dame de la Delivrance), znajdującego się w kościele o.o. Jezuitów w Bikfaya koło Bejrutu.

Wielu polskich księży jezuitów, orientalistów i ludzi świeckich przebywało w Libanie w XIX wieku, podobnie jak zastępy polskich żołnierzy i oficerów, którzy ochotniczo wstępowali do armii tureckiej. Począwszy od 1865r. żołnierze polscy, choć w obcych mundurach, zaczęli odgrywać ważną rolę w Libanie.

Warto wspomnieć, że w XIX wieku w Libanie stacjonował autentyczny „polski” pułk dragonów osmańskich, ze sztandarem w biało-czerwonych barwach i krzyżem, umundurowanych podobnie jak ułani 1831r. Była to ostatnia polska formacja militarna aż do czasów Legionów Piłsudskiego. Trudno przecenić moralne znaczenie tego faktu w czasach, gdy Polski nie było na mapach.

W XIX wieku zastępy polskich żołnierzy i oficerów chętnie wstępowały do tureckiej armii, aby walczyć ze wspólnym wrogiem – Moskalami. Turcja zaś, w następstwie tragicznych walk pomiędzy druzami a chrześcijanami w Górach Libanu w latach 1860-1861 i po interwencji europejskiej, została zobowiązana powoływać na stanowisko gubernatorów Libanu wyłącznie chrześcijan, jak również utrzymywać w kraju garnizony chrześcijańskie pod dowództwem chrześcijan. Jednym z gubernatorów mianowanym na to stanowisko w 1902r., był Polak – Władysław Aleksander Stanisław Czaykowski (Muzaffar Pasza).

W tym czasie w Turcji, Macedonii i na Bałkanach odbywał służbę pułk dragonów osmańskich sformowany z inicjatywy Sadyka Paszy Czaykowskiego wyłącznie z Polaków. W uznaniu zasług pułk ten został wcielony do gwardii cesarskiej i oddelegowany do Libanu w 1865r. Pierwszym dowódcą „pułku polskiego” w liczbie około 3000 był Stefan Gościmiński (Toufan Bey); jego następcą zaś Ludwik Sas Monasterski (Lufti Bey).

Polscy dragoni wzorowo pełniąc służbę zdobyli sobie zaufanie i szacunek ludności libańskiej, jednak byli rozczarowani faktem, że Turcja nie umożliwiła im walki z Moskwą, zwłaszcza w wojnie rosyjsko-tureckiej. To rozczarowanie spowodowało, że po 24 latach istnienia pułk polski w Libanie przestał istnieć. Była to wszelako malownicza karta w dziejach polskiego oręża.

W archiwach kościelnych Bejrutu odnaleźć można wiele polsko brzmiących nazwisk ze starej emigracji jak: Ratyński, Zabłocki, Konicki, Górkiewicz itd. Jednak związki z polską tradycją narodową i językiem zostały dla tych rodzin bezpowrotnie utracone. Wyjątek stanowili P.P. Miklasiewiczowie i Monasterscy, którzy najbardziej poczuwali się do polskości i po 1919r. niektórzy z nich przyjęli polskie obywatelstwo.

Następna fala polskiej emigracji napłynęła do Libanu w latach II wojny światowej, ale to już całkiem inna historia.

Hanna Abi-Akar

Beirut, 2006