WSPOMNIENIA ABSOLWENTA POLITECHNIKI WARSZAWSKIEJ

Początki znajomości z Polską datują się od czasu mojej nauki w maronickiej szkole średniej Mar Abda w Deir El Kamar. Wraz ze mną, w przyklasztornym internacie mieszkał Polak, którego rodzice przybyli do Libanu wraz z armią Andersa i tu się osiedlili. Prawie co wieczór rozmawialiśmy o Polsce i Polakach i w ten sposób kraj ten stał mi się bliski, jednak nigdy nie przypuszczałem, że stanie mi się aż tak drogi.

Warunki finansowe moich rodziców nie pozwalały mi planować studiów na zachodzie, wobec tego rozpocząłem naukę matematyki na Uniwersytecie Libańskim.

W trakcie pierwszego roku dowiedziałem się, że partia komunistyczna, do której należałem dysponuje stypendiami naukowymi do krajów socjalistycznych. Jak się można domyślać wybór kraju był oczywisty.

Egzamin wstępny pisemny zdałem w Polskiej Ambasadzie, mieszczącej się wówczas w Ain El Rommaneh, pod czujnym okiem pana radcy Jankowiaka – szefa placówki i jego uroczej puszystej, jak się to dziś określa, sekretarki.

Drugiego września 1975r., samolotem libańskich linii lotniczych, poleciałem wraz z moim kolegą Jozefem Akl do Warszawy. Widok zielonej Polski z okien samolotu bardzo nas zaskoczył. W tym kontekście zieleń Libanu, nasza duma narodowa, nieco przyblakła. Z lotniska dostaliśmy się taksówką do Dworca Centralnego, który był jeszcze w budowie. Wchodząc na peron zobaczyliśmy odjeżdżający pociąg do Łodzi.

Myśląc libańskimi kategoriami byliśmy pewni, że jest to jedyny pociąg i postanowiliśmy znaleźć inny środek transportu. Wsiedliśmy do pierwszej prywatnej „Warszawy” (marka samochodu) i za 20 dolarów pojechaliśmy po płaskiej zielonej krainie do jedynego wtedy w Polsce Studium Języka Polskiego mieszczącego się wraz z akademikiem dla cudzoziemców przy ulicy Kopcińskiego 16/18 w Łodzi. Łodzianie z wdziękiem i zgodnie ze słynną polską gościnnością określali ten teren mianem „Zoo”, ale nie miało to wpływu na nasze dobre samopoczucie.

Z ramienia KC PZPR odpowiedzialnym za studentów zagranicznych był pan Andrzej Załucki (późniejszy ambasador w Rosji), w SZSP był pan Krzysztof Jakubowski (późniejszy ambasador w Szwajcarii), w ZSMP był pan Jerzy Jaskiernia (późniejszy minister). Wszystkich wspominam z sympatią i uznaniem.

Polska w latach gierkowskich wydawała się nam rajem, kulturalnym, czystym i bezpiecznym, pełnym sympatycznych ludzi, kobiet, według nas, samych miss świata. Z racji posiadania młodszego rodzeństwa utkwiły mi w pamięci zabawki dla dzieci, w porównaniu z Libanem, wspaniałe a przy tym prawie za darmo.

Z uznaniem wspominam też nauczycieli ze Studium Języka Polskiego. Oddani do bólu swojej pracy, z pełnym poświęceniem, przekazywali nam wiedzę i starali się zastąpić nieobecnych rodziców. Niedaleko nas w miasteczku studenckim na „Lumumby” systematycznie, odbywały się imprezy kulturalne przeglądy filmów, fora dyskusyjne, wystawy, koncerty i dyskoteki, wszystko to stało dla nas otworem.

Będąc w Studium udzielałem korepetycji z języka francuskiego i prowadziłem treningi z Tae Kwon Do na Widzewie, w pięknej sali przy Parku 3-ego Maja. Od tego czasu datują się moje pierwsze znajomości i przyjaźnie z Polakami. Na pierwszym roku Politechniki Łódzkiej byłem aktywnym działaczem klubów studenckich oraz radia studenckiego, w którym karierę rozpoczynał Marek Niedźwiecki. Równolegle działałem w ruchu studentów zagranicznych. W 1976 zostałem szefem Federacji Studentów Arabskich, a rok później wybrano mnie na szefa Ogólnopolskiego Komitetu Studentów Zagranicznych (OKSZ). Wiązało się to z moim przeniesieniem na Politechnikę Warszawską. To właśnie OKSZ prowadził, godny wspomnienia w tym miejscu, Klub Kontynentów mieszczący się na tyłach Teatru Wielkiego. Co roku organizował w Poznaniu Festiwal Piosenki Zagranicznej.

Występy kolegów z Afryki i Ameryki Łacińskiej wzbudzały prawdziwy zachwyt widowni, nie tylko ze względu na egzotyczny wygląd ale walory głosowe i prawdziwy talent sceniczny. Specjalną popularnością cieszyli się koledzy z Sudanu.

W tym czasie opiekunem naszym był p. Ryszard Milecki, co ciekawe mój przyjaciel do dzisiaj czyli dokładnie 30 lat. Całą naszą siedzibę stanowiło biurko w Komisji Zgranicznej SZSP na Ordynackiej gdzie piętro niżej urzędował pewien działacz, a później Prezydent RP, Aleksander Kwaśniewski. Mogę stwierdzić, że wszystkie te okoliczności wspomogły moją asymilację z Polską.

Z akceptacją społeczną studentów zagranicznych bywało różnie. Na przykład kolega z Etiopii, nie znajdując u dziekana zrozumienia dla swoich problemów w Polsce, na zebraniu studentów z władzami uczelni zaproponował dziekanowi, aby ten pomalował sobie twarz na czarno i wyszedł sprawdzić poziom rasizmu na ul. Marszałkowskiej. Pamiętam także przypadek, kiedy dwóch potężnych taksówkarzy oskarżyło studenta z Boliwii, o imponującym wzroście 160 cm i wadze piórkowej, o napad i pobicie, co wywołało atak śmiechu poważnej pani prokurator, zamykając sprawę. Generalnie jednak muszę przyznać, że dobrze czuliśmy się w polskim społeczeństwie. Po pewnym czasie bliższe znajomości przeradzały się w przyjaźnie, a nawet w miłość.

Z Polską związałem się na zawsze poprzez małżeństwo z Lilianą, absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, poznaną w trakcie naszej wspólnej działalności w Almaturze.

Zawsze z sentymentem wracam do mojej Warszawy, która wywarła niezatarte piętno na moim życiu, co teraz staje się udziałem mojego syna, studenta 3-ego roku farmacji.

David Abdel Samad

Beirut, 2006