WSPOMNIENIA OFICERA ARMII POLSKIEJ

W paru słowach postaram się przedstawić skromny zakres mojej znajomości i wspomnień z tych odległych czasów, 57 lat temu. Otóż byłem w Libanie dwukrotnie. Pierwszy raz na wiosnę 1943 roku, przejazdem na brytyjski wojskowy kurs młodszych dowódców w Palestynie. Jechaliśmy wtedy samochodami do Damaszku, a stamtąd pociągiem przez Bejrut i Tel-Aviv do Gazy. Nie mieliśmy żadnej okazji na turystykę lub kontakt z ludnością. Mój drugi pobyt miał miejsce we wrześniu tegoż roku na górskich ćwiczeniach w północnym Libanie, w pobliżu Tripoli. Tym razem podróżowaliśmy wojskowym transportem z całym motorowym sprzętem rozpoznawczego szwadronu złożonego z kilku oficerów i około 120 szeregowców. W obu wypadkach ciekawą i miłą niespodzianką dla nas przybywających z irackiej pustyni były dramatyczne zmiany krajobrazu i klimatu. Libańska zieleń, powietrze czyste i świeże, utrzymane drogi i solidne budynki sprawiały na nas krzepiące wrażenie cywilizacji i dobrobytu. Jednocześnie zauważaliśmy dziwny brak miejscowej ludności. Żadnego zainteresowania jeszcze jedna ekipą obcych żołnierzy w tym kraju z brzemienną historią najazdów, okupacji i zamętu. Duże wille na przedmieściach okolone ślepymi murami. Wszystkie wejścia zabezpieczone ciężkimi kratami i okuciami. Pamiętam jak przy jednym z takich większych domów, koło Tripoli, wystawiliśmy tymczasowy ćwiczebny punkt obserwacyjny z wglądem na zakręt drogi wiodącej od niedalekich wzgórz do naszych namiotów w Dahr-el-Ain. To był dość wczesny poranek i pogodnej ciszy nie mącił żaden ruch pojazdów ani przechodniów. W masywnej bramie zaskrzypiała nagle mała metalowa furtka. Wyszła jakaś starsza pani w europejskim płaszczu. Ciągnęła na smyczy nerwowego czarnego jamnika, który z miejsca poczuł hałaśliwą niechęć do obcokrajowców i starał się dosięgnąć nogawki najbliższego ułana. Jego pani nie mogła psa uspokoić, ale odciągnęła go od nas i w pięknym francuskim języku przeprosiła nas za harmider. Po pewnym czasie powróciła do domu i przysłała na tacy dzbanuszek mocnej czarnej kawy i kilka malutkich delikatnych filiżanek. Z końcem września opuściliśmy piękny Liban powracając do naszego pułku w Iraku aby stamtąd wyruszyć wkrótce do Egiptu i na front we Włoszech.

Miałem jeszcze w tamtych latach wojny dobrego znajomego z Polski. Nazywał się Tadeusz Holc, starszy kolega z gimnazjum Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu. Przeszedł przez Rosję i razem z tysiącami rodaków wstąpił do polskiego wojska w ZSRR i przyjechał w mundurze na Bliski Wschód. Służył w batalionie łączności, ale bardzo źle znosił pustynny klimat. Lekarze zwolnili go z czynnej służby więc udał się na amerykański uniwersytet w Bejrucie. Nie przypominam sobie co studiował, ale dostał później niezłą posadę w Londynie. Zmarł niestety już kilkanaście lat temu.

Zbigniew Jażyk, major kawalerii Likwidator Spraw Koła Pułkowego w Londynie

Polskie Cedry, Wydanie specjalne, Beirut, 2006